Self-mikołaj, czyli jakie prezenty sprawiłam sobie na Święta + swatche.

16:27 Beauty Tester 3 Comments

Każde dziecko pisze listy do Św. Mikołaja i z nadzieją wyczekuje w oknie na pierwszą gwiazdkę. Teoretycznie zwiastuje ona nadejście grubszego brodatego pana z wielkim workiem prezentów. W praktyce wygląda to troszeczkę inaczej.  Co prawda Święta już długo za nami ale dopiero teraz znalazłam czas by przyjść do Was z nowościami, które zakupiłam będąc na święta w Polsce.  Muszę przyznać, że trochę zaszalałam i dzięki Bogu, że mamy już nowy rok, bo wyczerpałam limit na... 2015. Z pewnością przekroczyłam świąteczne wydatki Nowaków wydając duużo pieniędzy na moje zachcianki. Czy jestem zadowolona i czy rzeczy te były warte zakupu - o tym dowiecie się w późniejszych postach, a teraz zapraszam Was na pierwsze wrażenia.


Obiektyw do lustrzanki już dawno krążył mi po głowie. Potrzebowałam czegoś jaśniejszego niż obiektyw kitowy z przeznaczeniem na portrety i zdjecia moich makijaży. Na razie jestem w trakcie testów, ale opinii w internecie o Nikkorze AF-S 50 mm f/1.8 G jest mnóstwo i to w większości są one pozytywne. Af jest dość cichy i szybki, a jakość obrazu zwłaszcza w centrum kadru jest znakomita. Ale to nie jest blog fotograficzny, więc poniżej załączam przykładowe zdjęcie makijażu.



W stronę kosmetyczną

Wkraczając w tematykę kosmetyczną, a dokładniej akcesoriów przedstawiam Wam pędzle Nanshy, o których być może czytaliście już na moim blogu. Jeśli nie to serdecznie Was odsyłam (tutaj), gdzie opisuję zestaw Masterful Collection. W dużym skrócie jest to zestaw idealny, którym możemy stworzyć cały makijaż od podstaw. Znajdziemy w nim dwanaście dedykowanych pędzli, w tym pięć do twarzy oraz siedem do oczu i brwi. W zestawie Masterful Collection każdy pędzel ma swoje miejsce nawet w najmniej wymagającym makijażu dziennym.


Wszyscy wiemy, że dłonie są wizytówką kobiety. Przy trwającym popycie na manicure hybrydowy oraz zaintrygowana możliwością noszenia lakieru dłużej niż trzy dni, postanowiłam kupić starter kit z firmy Semilac i sprawdzić, czy to faktycznie działa tak, jak go opisują. I już na wstępie mogę pochwalić się pierwszym podejściem laika do hybryd.


Chciałam mieć trochę większy wybór kolorystyczny i do zestawu dokupiłam dwa lakiery - Mardi gras oraz Biscuit, który gości teraz na paznokciach. O ile 034 Mardi Gras wygląda dobrze przy jednej warstwie, to 032 biscuit jest dużym rozczarowaniem. By ładnie wyglądał na paznokciach potrzeba aż 3 warstw, i nadal nie jest to efekt wow. Teoretycznie jasne lakiery mają to do siebie, że prześwitują i ciężko jest je zakryć, ale spodziewałam się większego krycia. Lakiery nie odpryskują i ładnie się prezentują. Moja płytka nie rośnie zbyt szybko więc gdyby nie (mały) wybór kolorów nosiłabym oferowaną czerwień z drobinkami z zestawu przez ok. trzy tygodnie. Moje pierwsze wrażenia są na plus, choć w przyszłości zdecydowanie kupię mocniejszą lampę.


Jak sztuczne rzęsy to z pewnością Ardell! Za dobrą jakość i tani koszt.  Nie ma co dużo się rozwodzić na ich temat - dla mnie są one dopełnieniem makijażu i odkąd kupiłam pierwsze opakowanie nie wyobrażam sobie rzęs w wersji sauté pomalowanych tylko tuszem. Na oczach nie wyglądają karykaturalnie. Zrobione są na przeźroczystym pasku, który można dostosować do powieki odpowiednio go skracając. Zdecydowanie jest to lepsza opcja niż doklejanie kępek, choć istnieją również połówki rzęs, które ładnie podnoszą zewnętrzny kącik otwierając przy tym oko. Gratis do zamówienia w sklepie Cocolita dostałam sypki pigment firmy Sleek. Miłe zaskoczenie  zważając na to, że jednocześnie w konkurencyjnej drogerii wydałam ponad 100 zł więcej i żadnego gratisu nie zastałam. Plus za dobrą politykę firmy!



Z jednej strony kupiłam sztuczne rzęsy - z drugiej zaś odżywkę do rzęs. Trochę paradoks, co? Z odżywką 4 Long lashes miałam już kiedyś do czynienia. Wtedy zależało mi na podniesieniu jakości życia moich rzęs, gdyż były krótkie i rzadkie. Zawzięcie stosowałam ją codziennie wieczorem i... efekty były rewelacyjne. Mój makijaż do pracy jest minimalny, a co za tym idzie nie doklejam sztucznych rzęs. Chcę pomóc moim naturalnym rzęsom by na co dzień wyglądały jak te doklejane. Efekty wcześniejszej "kuracji" możecie zobaczyć klikając tutaj - (instagram)  Niestety nie pamiętam po jakim czasie zrobiłam zdjęcie kontrolne, ale w drugim kwartale zrobię dokładny post o tej odżywce razem z postępami. Oczywiście polecam kupić ją w aptece bądź na promocjach, bo wtedy można zaoszczędzić nawet 30 zł. 





To już moje trzecie podejście do paletek cieni z firmy Makeup Revolution. Wcześniejsze nie były zbyt udane - paletki 32 cieni Flawless Matte oraz Like Angels nie przypadły mi do gustu. Jakością bardziej zadawalały mnie kultowe paletki ze Sleeka. Nie oszukując - do jej zakupu skłoniły mnie swatche pojawiające się na stronie MUR. Równolegle wyszła paletka Salted carmel, która przeważa brązami, jednakże ich w mojej kosmetyczce nie brakuje. Patrząc na swatche paletki zaintrygowały mnie kolory Rosy oraz France.





Jedyne co mogę powiedzieć to cień Rosy jest bardzo miękki, mam wrażenie że aż mokry, bo przy mocniejszym dotknięciu pędzlem strasznie się rozsypał. Jeszcze nie mam dokładnego zdania  temat tej paletki, nawet pierwsze wrażenie nie jest jasne do opisania. Na pewno muszę się jej dobrze przyjrzeć i wykonać przy jej pomocy kilka makijaży i dopiero wtedy więcej się wypowiem. Nieudany start z firmą makeup revolution ciężko będzie nadrobić, choć nie skreślam tej firmy, bo cienie foliowe mają super!



W Golden Rose skusiłam się na puder do opalania twarzy terracota mineral powder w numerze 4. Jego konsystencja jest tak jedwabista, że aż chcę się z nim pracować. Jak już wspomniałam świetnie nadaje się do opalenia twarzy, jednocześnie trochę ją rozświetlając.
Chcąc wrócić do naturalnego koloru brwi skusiłam się na puder, który  jest w ładnym lekko chłodnawym odcieniu. Używam go w połączeniu w konturówką do brwi z Inglota, o której będzie w dalszej części posta. Na koniec mam trzy metaliczne eyelinery, które skradły me oczy. Lubię niestandardowe kolory, męczą mnie brązy i czarne kreski, więc postanowiłam się zbuntować i wnieść trochę kolorów. Taki akcent możecie zobaczyć w makijażu wyżej, do niego użyłam eyelinera w numerze 10.



A teraz duże i przyjemne zaskoczenie. 3 steps to perfect face od Wibo, czyli paletka do konturowania twarzy. Zazwyczaj do konturowania twarzy oraz lekkiego ocieplenia używałam bronzera z Nyxa w kolorze taupe, oraz Honolulu z w7. Odkąd jestem posiadaczką tej nowości z Wibo wszystkie bronzery i róże poszły w odstawkę. O ile trudno jest jej pobić ulubieńca rozświetlającego moje kości policzkowe, a mowa tu o Mary lou manizer z The balm, to bronzer i róż najczęściej goszczą na mojej twarzy.
Spójrzcie sami na swatche:



Do tego super trio dokupiłam róż, który jest bardziej brzoskwinowy. Bardzo lubię takie kolory. Wcześniej upodobałam sobie róż z Essence blush up o numerze 10 heat wave, również w podobnym kolorze. Róży nigdy dość!

Nie ukrywam, że jestem zwolenniczką płynnych eyelinerów. Natomiast po wielu dobrych opiniach postanowiłam skusić się na mój pierwszy w kałamarzu z Maybelline. Po pierwszych użyciach stwierdzam, że jest bardzo czarny i dobrze się utrzymuje. Inną nowością w mojej kosmetyczce a raczej w akcesoriach jest pędzel Maestro 660 w rozmiarze 6. Kupiłam go z myślą o malowaniu perfekcyjnych brwi, aczkolwiek ani on, ani pędzel z Zoevy czy Nanshy nie jest w stanie zastąpić mojego ulubionego pędzla do podkreślania brwi, czyli Hakuro H85.
Aż chciało by się rzec: najlepsze na koniec! Bo co innego cieszy tak bardzo jak nowe pigmenty do oczu? Chyba tylko wygrana w totka i możliwość wykupienia kolejnych kolorów. Te są z firmy Inglot. Karnawał w pełni a co za tym idzie brokat i pigmenty są top of the top w makijażu.


Piękne pigmenty, piękne kolory i trwałość. Będąc przy stoisku Inglot natrafiłam na promocję i przy zakupie tych pigmentów a także silikonowej bazy pod brokaty dostałam gratis trzy cienie do oczu. Prócz pigmentów kupiłam konturówkę w żelu do brwi. Chciałam coś zmienić w ich kolorze. Wcześniej używałam a wręcz maltretowałam cień Color Tattoo z Maybelline w numerze 40 Permanent Taupe, który nadal jest moim ulubionym produktem do podkreślania brwi.

To już wszystkie zakupy kosmetyczne, które znalazły się pod choinką. Sami widzicie, że jest tego bardzo dużo, bo jak szaleć to raz a konkretnie. W przyszłości pewnie pojawią się głębsze opisy tych produktów, a teraz wracam do testów by móc wyrobić sobie mam nadzieję pozytywne zdanie! 

3 komentarze:

  1. Same cudowności! Masz świetne zdjęcia.. ja sama odkładam na dobry aparat ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Powiedziałabym, że aparat wcale nie jest rewelacją, to tylko nikon d5100, sama chciałabym mieć lepszy! :D

      Usuń
  2. Boskie prezenty!Nie pogardzilabym niczym :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony czas i komentarz! Odpiszę na każdy i z pewnością zerknę na Twojego bloga. :)